Kot Syjonu

Tytuł: Kot Syjonu
Autor:  Jerzy A. Wlazło
Wydawca: Bullet Books
Gatunek: Kryminał noir
   Książka, którą szukałam kilka miesięcy. Już na początku zaznaczę, że książki BB najlepiej szukać w sieci Matras.
   Głównym bohaterem jest były policjant o swojsko brzmiącym nazwisku Bialas, zwolniony ze służby za błąd podczas akcji. Zostaje on wynajęty przez tajemniczą hrabinę Chattearstone, by znalazła jej kota, który będzie pasował do jej charakteru. Jest osobą raczej cyniczną, złośliwie komentującą rzeczywistość, choć czasami  idzie odruchami serca. Sama hrabina jest osobą nie mówiącą praktycznie nic o sobie, w dodatku nienawidzi pytań i, jak to w przypadku osób mających władzę, nie przywykła do odmowy spełniania jej zachcianek. W międzyczasie Bialas wplątuje się w kilka dziwnych spraw: zaginięcie gwiazdki kabaretu, poszukiwania ogrodnika, o którym nikt nic nie wie, morderstwo, zadziera z synem byłego gangstera…
  Brzmi świetnie, ale w rzeczywistości aż tak świetnie nie jest. Widać, że autor miał pomysł i to bardzo dobry, ale wykonanie mu nie wyszło. Hrabinę tylko on i kilka innych osób (bardzo zakamuflowanych) spotyka, a gdy chce zapoznać przyjaciółkę (bez podtekstów seksualnych tu), tajemnicza dama znika, jak również jej mieszkanie. I tu już był pierwszy zgrzyt – rozumiem, że dana osoba może zniknąć w kilka godzin. Ale nie jest nikt w stanie w kilka godzin wyprowadzić całej posiadłości tak, żeby nie było śladu, że ktoś tu wcześniej kilka godzin był. I tak kilka razy. Nasuwa to czytelnikowi całkiem błędny wniosek, iż Bialas ma jakieś przywidzenia bądź początki choroby psychicznej.
  Kolejny zgrzyt, to łączenie tych kilku spraw z poleceniem hrabiny. Wygląda to tak, że bohater rozwiązuje je „tak przy okazji” (bo cały czas się waha, czy przyjąć to zadanie), a dopiero na samym końcu następuje wyjaśnienie jak to się ma do całości. Przy czym wyjaśnienie jest mętne i jakoś mało przekonujące. UWAGA SPOILER* Nie kupuję tego, że hrabina nie wiedziała, że każdy z jej trzech mężów to ta sama osoba, w dodatku spokrewniona z nią tak blisko* KONIEC SPOILERA. Dodatkowo, autor strzelił byka jak zaraza (o ile dobrze doczytałam): główny bohater pochodzi z rodziny Leszczyńskich, a dokładniej jego babka miała nazwisko Ryś-Leszczyńska, po czym na samym końcu szanowny autor twierdzi, że to przodkini naszej hrabiny tak się nazywała. Wniosek? Albo autor pokićkał, albo oboje są spokrewnieni. Koniec końców Bialas znajduje jej tego kota, aczkolwiek rasa (czy raczej gatunek) też jest dla mnie zbyt grubymi nićmi szyty.
  Podsumowując: opis książki był bardzo bardzo, ale efekt strasznie mnie rozczarował. Jeśli ktoś mimo mojego całego krytycyzmu nadal nie jest zrażony, to zapraszam. Mimo, że poszczególne wątki nijak się mają do siebie, to jednak ich wyjaśnienie jest całkiem logiczne i ma klimat. Klimat i język narracji to jedyne rzeczy, które bronią tą książkę.