Rozmowy wieczorne z Wenem

Trzy dni wolnego. Miałam trzy dni wolnego, a ta łajza oczywiście pojawiła się pod koniec trzeciego.
Siedziałam sobie wygodnie na łóżku, obok stygła pizza, a ja zabrałam się za kolorowanie kredkami obrazka, który od dłuższego czasu przyciągał mój wzrok. Zdążyłam pokolorować skórę kobiety i zacząć włosy.
Usłyszałam pełne boleści westchnienie.
Zamarłam na chwilę, ale zaraz kontynuowałam przerwaną czynność. Nie ma! Nigdy cholernik nie pojawia się, kiedy mam trochę spokoju. Zawsze wtedy, kiedy naprawdę coś innego powinnam robić.
Kolejne teatralne westchnienie.
Łypnęłam nieprzyjaźnie na Wena stojącego koło mojego łóżka. Odpowiedział mi wzrok pełen żałości.
– Czemu akurat mi, ze wszystkich tworzących musiałaś się trafić? I to jeszcze taka nieudacznica?
Zatchnęło mnie z oburzenia.
– Że jak??
– A tak! Podsunąłem ci pomysł na post apo? Podsunąłem. Podsunąłem ci pomysł na fantasy? Jasne, i to nie jeden? A ty co? Siedzisz, kolorujesz i grasz na komputerze! O, widzę, że kolejną pobierasz. – oskarżycielsko wskazał na monitor, na którym widniał pasek aktualizacji Warframe’a. – Nawet mój kuzyn już lepiej trafił z tym tam, jak mu tam… Janerem!
– O doprawdy? – spytałam kąśliwie. – A kiedy ostatni raz go pytałeś ile nabazgrał? I jeśli już mnie do Janera porównujesz to nawet nie zaczynaj z graniem, bo oboje doskonale wiemy, że w porównaniu z nim to ja niewiele gram.
– I tak za dużo! No ale ja nie o tym…
– Zaraz, nie skończyłam! – wpadłam w słowo zapowietrzonemu Muzie. – Wytykasz mi, że nie piszę. A gdzie kurna jesteś jak cię nie ma?? Trzy dni wolne miałam i kiedy przylazłeś, sieroto? Na koniec! Jak ja zaraz kładę się spać. I ty tak zawsze! Albo pomysł podsuwasz, jak nawet zanotować nie mam jak, albo jak już prawie zasnę wykończona po pracy!
– A ty tylko praca i granie! – zacietrzewił się Wen.
– Granie to na odreagowanie idiotów z pracy. A praca? A szanowny Wen wziął w swej łaskawości pod uwagę, że gdyby nie ona to co najwyżej na piasku mogłabym notować?
– Eee tam, takie przyziemne sprawy. – machnięciem ręki zbył moją tyradę. – A przychodzę wtedy, kiedy chcę się podzielić jakimś pomysłem.
– Ale czemu zawsze jak zasypiam??
Wen z wyższością zadarł nos.
– A to ty myślisz, że tworzenie jest proste? Nie jest! – zrobił krok do przodu, wypiął dumnie cherlawą pierś i wzniósł palec. Jęknęłam, wiedząc co to oznacza. – Żeby stworzyć coś wartościowego trzeba cierpieć! Rwać włosy z głowy, ewentualnie cierpieć na suchoty…
– Nie to stulecie.
– No to na… na…
– Katar? Sraczkę? Niestrawność? To ostatnie to zaraz twoja przemowa mi zafunduje.
Prychnął.
– Powinnaś docenić, że cię tak łagodnie traktuję
– Doceniam. A teraz bądź łaskaw wziąć swe natchnione kazanie gdzie indziej, bo kolacji znowu nie zjem.
Wen nie słuchał.
– Miałaś rozszerzony romantyzm w liceum to wiesz jak winny wyglądać wielkie dzieła.
– Na litość boską, przecież ja w fantastyce siedzę, a nie romantyzmie!
– Chcę powiedzieć, że aby stworzyć dzieło, cierpieć musisz jako ten Werter…
Nie zdzierżyłam.
– Werter?? Ta łajza, która nawet sobie porządnie w łeb palnąć nie potrafiła? Trzymajcie mnie ludzie, bo zaraz ja go oświecę na jaśnie natchnionej skórze jak Werter cierpiał. – zaczęłam gramolić się z łóżka.
Odskoczył.
– Skoro dzisiaj nie chcesz mojej pomocy to nie! -nadął się i z godnością ruszył do drzwi. Już miał je zamknąć, kiedy ze złośliwością w głosie dodał: – A wiesz, że ta nasza rozmowa na spisanie się nadaje?
I znikł.